Kadr z filmu "Nowy świat"

Na ekrany polskich kin wszedł film „Nowy Świat”, debiut trójki młodych reżyserów - Elżbiety Benkowskiej, Michała Wawrzeckiego i Łukasza Ostalskiego. Bohaterką jednej z nowel – „Wiera” – jest transseksualna Ukrainka. Przeczytajcie wywiad z twórcą „Wiery”, Łukaszem Ostalskim, który dla Outfilmu.pl przeprowadziła Anna Bielak.

Chciałbym wierzyć, że miłość wygrywa

ANNA BIELAK: Kim jest Wiera, bohaterka wyreżyserowanej przez ciebie noweli – jednej z trzech składających się na film „Nowy Świat“? Wszystkie opowiadają o imigrantach, którzy Polskę traktują jak ziemię obiecaną.

ŁUKASZ OSTALSKI: Wiera porzuciła swoje życie na Ukrainie z nadzieją, że kiedy uwolni się od ról, jakie pełniła w rodzinie i społeczeństwie, będzie mogła zostać tym, kim naprawdę chce być. Urodziła się jako Oleg, ale w głębi duszy jest kobietą. Dziś ma na imię Wiera. Przeszłość ją jednak dopada. Okazuje się, że czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby móc zrobić dwa kroki do przodu. Wiera musi stanąć z przeszłością twarzą w twarz i wziąć za nią odpowiedzialność.

A z czym muszą się skonfrontować widzowie?

Chciałbym, żeby widzowie odnaleźli w sobie odrobinę empatii w stosunku do ludzi, którzy muszą stoczyć znacznie cięższą, niż zazwyczaj, walkę o swoją tożsamość. Ta walka wiąże z bólem i wyrzeczeniami, i tak naprawdę nigdy się nie kończy. Tacy ludzie, jak Wiera nie są dziwakami. Oni tylko urodzili się w nie swoim ciele.

Nie ma nic bardziej uniwersalnego, niż szukanie siebie. Wszyscy to robimy.

W przypadku osób transseksualnych sytuacja jest o tyle trudniejsza, że prócz duchowej przemiany, radykalnej zmianie musi ulec też ciało. Mam transseksualnych znajomych, ale dopiero podczas pracy nad filmem dowiedziałem się wielu rzeczy, z których nie zdawałem sobie wcześniej sprawy. Proces transformacji jest ogromnie ciężki. Przyjmowane leki i hormony powodują ciągłe zmiany nastrojów, a to różnie wpływa na relację zażywającej je osoby z otoczeniem – w domu i pracy. Kiedy trzeba wchodzić z interakcje z ludźmi, bywa bardzo trudno. Każdy z nas może przechodzić ciężkie chwile i czasem jedyne, czego potrzebujemy, to odrobina wyrozumiałości ze strony otoczenia. Zależało mi też na pokazaniu, że to nie są obcy. To zwyczajni ludzie, którzy mają takie same problemy, jak my wszyscy. A jednak mimo tego, nie są akceptowani przez społeczeństwo, a często, jak Wiera, są nietolerowani nawet przez własne rodziny.

A mogą je tworzyć? Wychowywać dzieci?

Każdy człowiek podejmuje własne decyzje. To nie jest kwestia możliwości czy przyzwolenia innych. Dla mnie najważniejsze w rodzinie jest to, żeby spełniała swoje funkcje, czyli zaspokajała potrzeby bliskości i bezpieczeństwa. Chciałbym wierzyć, że miłość wygrywa.

Członkowie rodzin potrafią postawić twoje bohaterki w kłopotliwych sytuacjach; zapędzają je w kozi róg i wymuszają posuwanie się do radykalnych gestów. Tak było w „Matce“, tak jest w noweli o Wierze.

Chcesz powiedzieć, ze nieświadomie powielam jakiś schemat? [śmiech] Gdybym miał szukać wspólnego mianownika w swoich filmach powiedziałbym raczej, że są nim kobiety. Chcę opowiadać o nich historie i sądzę, że w kobiecych bohaterkach tkwi ogromny, zwykle niewykorzystywany, potencjał. Męscy bohaterowie często stronią od okazywania uczuć, a kobiety mają do dyspozycji pełen wachlarz emocji. Mam wrażenie, że o wiele mocniej odczuwają otaczający je świat. W kinie poszukuje intensywnych wrażeń i momentów, które ściskają mi trzewia.

Mówisz o różnicach między kobietami a mężczyznami, a ja się zastanawiam, czy podziały płciowe mają dziś jeszcze jakiś sens?

Role społeczno-kulturowe są coraz mniej zależne od płci, ale one same mają bardzo duże znaczenie. Rozumiem walkę o płeć, na którą decydują się osoby, które nie urodziły się we własnej skórze. Jeśli ktoś jest przekonany na dwieście procent, że chce dokonać transformacji, powinien się na nią zdecydować. Transseksualistki, które poznawałem robiąc dokumentację, mówiły o tym, jak fantastycznie się czują odkąd zaczęły przyjmować hormony i ile radości dają kobiecie jej własne piersi. Ale te same osoby przestrzegały przed podejmowaniem pochopnych decyzji.

 

Karina Minaeva jako Wiera

Karina Minaeva jako Wiera (mat. dystr.)

 

Karina Minaeva, która wcieliła się w rolę Wiery, w czasie pracy na planie była jeszcze przed operacją. Czym był dla niej udział w „Nowym Świecie“?

Karina miała kiedyś na imię Konstanty. Urodziła się na Krymie i, kiedy była młodym chłopakiem, zrozumiała, że tak naprawdę jest młodą dziewczyną, więc chciałaby się zmienić. Podobnie jak filmowa Wiera miała trudną relację z ojcem. W swoim życiu była też kilka razy poważnie pobita na ulicy. Kiedy kręciliśmy film, Karina znajdowała się w tym samym momencie transformacji, co Wiera. Wtedy nie była jeszcze pewna, czy zdecyduje się na operację. To proces nieodwracalny, dla jednych osób transseksualnych kluczowy, dla innych nieco mniej ważny. Dla wszystkich bardzo kosztowny. Z tych względów scenariusz, który przeczytała Karina, mocno ją poruszył. Nie traktowała angażu w „Nowym Świecie“ jak przygody. Bała się wejść w skórę Wiery, bo – paradoksalnie – zbyt mocno ją czuła i zbyt dobrze rozumiała konflikty wewnętrzne, z jakimi zmaga się jej bohaterka. Fakt, że inni ludzie będą mogli poznać tę historię, tak bliską jej samej, przeważył jednak szalę. Mimo lęku, stanęła przed kamerą.

Czego się bała?

Bała się, że musi wejść w rolę, która wymaga przeżywania trudnych emocji związanych z odrzuceniem i niezrozumieniem ze strony najbliższej rodzinny. Nie była też pewna, czy da radę jako aktorka. Nie wiedziała, jak pracuje się na planie. Jednak cel pokazania ludziom bohaterki takiej jak Wiera, z całym jej życiowym bagażem, był silniejszy. A Karina jako aktorka stworzyła wybitną kreację.

Dziś Karina jest pierwszą i jedyną transseksualną aktorką na Ukrainie. Jak w ogóle doszło do tego, że dostała angaż w „Nowym Świecie”?

Karinę Minaevę znalazłem trzy tygodnie przed zdjęciami. Na tym etapie do roli Wiery przygotowywał się już amerykański aktor rosyjskiego pochodzenia. To był jednak mężczyzna i choć z jego fizyczną transformacją nie było żadnych problemów, wyzwaniem była zmiana głosu, który zmienia się pod wpływem hormonów i treningów. Na miesiąc przed zdjęciami oglądaliśmy nagrania umieszczone na ukraińskim Youtubie; szukaliśmy inspiracji. I zobaczyłem transseksualną Karinę. Znalazłem do niej kontakt w ciągu trzech dni. Karina przeczytała scenariusz i historia jej się spodobała. Choć nigdy nie grała w filmie, samodzielnie zrobiła zdjęcia próbne. Nie były najlepsze aktorsko, ale była w nich prawda, która miała w sobie niebywale magnetyczną siłę. To mnie bardzo poruszyło. Wspólnie z producentem, Jankiem Kwiecińskim zdecydowaliśmy się zaprosić ją na próbę, na której mieli być obecni też inni aktorzy. Spotkaliśmy się w Kijowie. Karina przyjechała z Dniepropietrowska. Kiedy wróciłem do Polski, decyzja była już podjęta. Była bardzo trudna, dla jednych na pewno bolesna, inni powiedzieliby, że okrutna, ale chodziło przede wszystkim o dobro projektu. Przeprosiłem amerykańskiego aktora. Zapewniłem go, że z nikim nie przegrał na polu zawodowym. Karina nie miała przecież aktorskiego wykształcenia.

Ty skończyłeś Gdyńską Szkołę Filmową. To bardzo ciekawe miejsce na mapie polskich szkół. Najlepsze filmy krótkometrażowe ostatnich lat (m.in. twoja „Matka“, „Czułość“ Emilii Zielonki czy „Dzień Babci“ Miłosza Sakowskiego) zrealizowali jej studenci i absolwenci. Mówi się też o tym, że w Gdyni uczy się opowiadać historie – a to one są esencją dobrego kina.

Każda historia musi mieć początek, rozwinięcie i zakończenie [śmiech] – o tym wszyscy wiemy, ale profesorowie Gdyńskiej Szkoły Filmowej uczą też pewnej wrażliwości na emocje, które są dla mnie bardzo ważne w kinie; i każą się skupiać na bohaterze. Postać jest w filmie najważniejsza. Sprawa, którą ma do załatwienia, znajduje się na pierwszym planie. Przeczytasz o tym we wszystkich podręcznikach, ale dopóki tego samemu nie poczujesz, nie przyciągniesz uwagi widza; nie zaciekawisz go opowieścią. Profesorom ze szkoły udaje się zaszczepić w studentach autentyczne zainteresowanie drugim człowiekiem i empatię wobec jego problemów. Mam zresztą wrażenie, że jeśli filmy z Gdyni mają jakiś wspólny mianownik, to jest nim zaangażowanie społeczne i uniwersalność poruszanych kwestii.

To brzmi trochę tak, jakby zawód reżysera miał charakter misji społecznej.

Pod wieloma względami reżyseria jest dla mnie zawodem misyjnym. Wierzę, że za historiami stoją konkretne idee i staram się o tym pamiętać. Cenię opowieści uniwersalne. Chciałbym, żeby po wyjściu z kina widzowie choć przez kilka chwil, zastanowili się nad tym, co zobaczyli. Ten, kto opowiada historię zawsze manipuluje słuchaczami lub widzami. Ale taka manipulacja nie musi mieć złego wymiaru. Wierzę, że kino ma w sobie siłę, by na moment zawładnąć wyobraźnią i zmienić czyjś punkt widzenia lub spojrzenie na świat.

I „Nowy Świat“ to robi? Wspólnie z Elżbietą Benkowską i Michałem Wawrzeckim, autorami dwóch pozostałych etiud, pokazujecie Polskę i młodych ludzi zupełnie inaczej, niż zrobili to twórcy „Ody do radości – poprzedniego filmu pokoleniowego, który wyprodukowało Akson Studio.

Kiedy dziesięć lat temu powstawała „Oda do radości“, młodzi ludzie masowo wyjeżdżali z Polski. W ciągu tej dekady Polska na tyle się jednak zmieniła, że dziś opowiadamy historie młodych osób, które przyjeżdżają do Warszawy w poszukiwaniu lepszego życia. Kiedy pracujące z nami na planie Ukrainka, Białorusinka i Rosjanka zaczęły opowiadać o problemach społeczno-politycznych, z jakimi muszą się mierzyć w swoich krajach poczułem, że w Polsce naprawdę nie najgorzej się żyje. Ale czy „Nowy Świat“ to film pokoleniowy? Uważam, że jeśli twórca kręci film z założeniem, że będzie to historia pokoleniowa, to zwykle tak nie jest. Filmy pokoleniowe nabierają swojej rangi dopiero w oczach widzów. Jeśli przetrwają próbę czasu.