30. rozdanie nagród Teddy przy Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie

Już po raz trzydziesty przyznano queerowe nagrody Teddy na festiwalu Berlinale. Refleksją na temat tegorocznych filmów dzieli się Bartosz Żurawiecki.

Gdzie są queery z tamtych lat? Kino LGBTQ na 66. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie

Rozczarował mnie w tym roku zestaw filmów zgłoszonych do queerowej nagrody Teddy na festiwalu w Berlinie. Zabrakło dzieł tak intensywnych jak chociażby Zostań ze mną Iry Sachsa (nagrodzone Teddym parę lat temu) czy tak frapujących jak niegdyś twórczość Dereka Jarmana, który toczył swój queerowy dialog z tradycją i kanonem. Kino spod znaku LGBTQ skonwencjonalizowało się; rzekłbym nawet, zmieszczaniało. Powiela wypracowane lata temu wzorce, zaprzestało poszukiwań nowego języka i nowych perspektyw oglądu rzeczywistości. Być może, jest to cena, jaką płacimy za wejście tematyki mniejszości seksualnych do tzw. mainstreamu. Dzisiaj wątek gejowski czy lesbijski w dużej, prestiżowej produkcji mało już kogo bulwersuje, także osoby trans doczekały się własnej, hollywoodzkiej Dziewczyny z portretu. Patrząc zresztą na rozkład geograficzny filmów kandydujących do Teddy’ego wyraźnie widać, gdzie akceptacja dla nieheteromatywnych osób i zachowań jest największa (rzecz jasna, w Europie Zachodniej), a gdzie wciąż wypiera ją homofobia i marginalizacja wszystkiego, co nie mieści się w normie (Europa Wschodnia, Chiny, niektóre kraje Ameryki Płd. itd.).

Jak to zresztą naprawdę jest z tą obecnością LGBTQ w filmach głównego nurtu? Jedynie w dwóch spośród osiemnastu dzieł, które zakwalifikowały się do konkursu głównego Berlinale, występował interesujący nas „topos”. We francuskich Quand a 17 ans (Siedemnaście mieć lat) Andre Techinego mieliśmy wątek gejowski, natomiast w polskich Zjednoczonych Stanach Miłości Tomasza Wasilewskiego jedna z bohaterek była lesbijką. Pozostałe filmy pretendującego do Teddy’ego znalazły się (tradycyjnie zresztą) głównie w sekcji Panorama – ważnej, ale jednak pobocznej, usytuowanej cokolwiek z dala od czerwonego dywanu, na który skierowane były obiektywy kamer i flesze aparatów.

Sama nagroda Teddy obchodziła w tym roku swą 30 edycję – w ciągu tych dekad też zdążyła się już mocno skomercjalizować i wysferzyć. Ma swoich celebrytów, swoje gwiazdy i swoich sponsorów, uroczysta gala transmitowana jest przez ogólnoeuropejskie telewizje. Nie każdy może wejść do tego elitarnego światka. Poniekąd więc zaprzecza obecnie idei, która legła u jej podstaw i odwoływała się do solidarności wykluczonych. Kiedyś Teddy stawiał sobie za cel jednoczenie tych, którym społeczeństwo w najlepszym razie wskazuje miejsce na marginesie. A dzisiaj? Dzisiaj podstawowe pytanie brzmi – kto tak naprawdę jest wykluczony.

 "Kater" ("Kociak") reż. Händl Klaus

Kater (Kocur) reż. Händl Klaus (źródło: materiały festiwalowe)

Z pewnością wykluczeni nie są bohaterowie zwycięskiego filmu – austriackiego Kater (Kocur) Handla Klausa – para mężczyzn w średnim wieku, pracowników wiedeńskiej orkiestry symfonicznej. Żyją sobie niemalże idyllicznie w dużym domu z ogrodem. Mają grona oddanych przyjaciół, dobrze zarabiają, rozwijają swoje kariery, uprawiają ognisty seks. Nikt im złego słowa nie powie. Razu pewnego jeden z partnerów w nagłym odruchu skręcą kark kotu, domowemu pieszczochowi. I tu zaczyna się psychodrama. Teatrzyk zbrodni, winy i kary rozgrywany w mieszczańskim entourage’u. Zaletą filmu jest delikatna ironia przesycająca obraz wzajemnych relacji, na których cieniem położyła się śmierć czworonoga. Nie zmienia to jednak faktu, że patrzy się na „Katera” jak na jałową historyjkę o problemach pierwszego świata, burżuazyjną wydmuszkę. Zwłaszcza, że rzecz trwa prawie dwie godziny, twórcy więc doprawdy ciągną tego kota za ogon bez umiaru.

Znacznie ciekawszy wydał mi się film nagrodzony Teddym za najlepszy dokument – Kiki Sary Jordenö, swoisty sequel głośnego Paris Is Burning Jennie Livingston z roku 1990 roku. Przypomnijmy – był to portret młodych Afroamerykanów z biednych dzielnic Nowego Jorku, dyskryminowanych i ze względu na rasę, i z powodu swej orientacji. Tworzyli oni domy taneczne (wzorowane na domach mody), biorące potem udział w specjalnym konkursie, którego uczestnicy poprzez taniec i kostium wyrażali swe aspiracje, ambicje i marzenia wspięcia się na wyższy szczebel drabiny społecznej. To właśnie z tych imprez wywodzi się słynny vogue, zawłaszczony potem przez Madonnę (nota bene, o losach czarnoskórych tancerzy, którzy towarzyszyli piosenkarce w jej tournée "Blond Ambition” i wystąpili w filmie "W łóżku z Madonną" opowiada inny dokument pokazywany w Berlinie – Strike a Pose).

 "Kiki", reż. Sara Jordenö

 Kiki, reż. Sara Jordenö (źródło: materiały festiwalowe)

Przez 25 lat sporo się w Ameryce zmieniło. Krajem rządzi Barack Obama, zostały zalegalizowane małżeństwa jednopłciowe. Nowojorskie konkursy wciąż się odbywają, choć dzisiaj większy nacisk kładzie się w nich na lans i glamour niż na grę ze społecznymi hierarchiami. A jednak afroamerykańscy młodzi ludzie spod znaku LGBTQ wciąż muszą borykać się z wieloma problemami – w rodzinie, w pracy, w otoczeniu…

Gejowski dokument wygrał także, co ciekawe, plebiscyt publiczności całej sekcji Panorama. Saar, bohater Who’s Gonna Love Me Now?(Kto mnie teraz pokocha?) Tomera i Baraka Heymannów, uciekł przed laty od swej konserwatywnej rodziny mieszkającej w izraelskim kibucu i przeniósł się do Londynu. Prowadził tutaj burzliwe życie osobiste, zaraził się HIVem i zapisał do Gay Men’s Chorus. Teraz próbuje odnowić więzi z krewnymi, myśli o tym, by powrócić do ojczyzny, chce jednak, by ten „come back” odbył się na jego warunkach. Mamy tu, na przykład, świetną scenę rozmowy Saara z bratem, który wygląda zupełnie jak wujek Zdzisiek z polskiej pipidówy i wygłasza mądrości w stylu: „skoro jesteś zarażony, to ja nie mogę pozwolić, byś miał kontakt z moimi dziećmi”. „A zadałeś sobie trud, by cokolwiek przeczytać, by poszukać w internecie, jak się można zarazić?” – pyta go Saar. Brat sobie trudu, oczywiście, nie zadał. To pełen empatii dokument, w którym, jak sądzę, odnajdzie się także sporo polskich emigrantów żyjących w Londynie.

Ciekawie zestawić ten dokument z filmem Inside the Chinese Closet (W chińskiej szafie) Sophii Luvary. Jego bohaterowie, żyjący w Szanghaju, Andy i Cherry są osobami homoseksualnymi, ale nawet jeśli rodziny mają świadomość ich orientacji, to i tak wywierają na nich nieustającą presję, by zawarli związek małżeński. Andy szuka więc partnerki wśród znajomych lesbijek, Cherry natomiast wyszła za zaprzyjaźnionego geja. Teraz jednak rodzice chcą ją zmusić, by dostarczyła im wnuka, bo sąsiedzi ze wsi, w której mieszkają, roznoszą złe plotki. Oglądamy w filmie scenę targu małżeńskiego dla L i G. Kobiety i mężczyźni poznają się nawzajem i negocjują warunki ewentualnego białego mariażu. Presja społecznych konwenansów jest w kulturze chińskiej znacznie silniejsza niż w kulturach zachodnich.

 "Paris 05:59" ("Theo et Hugo dans la meme bateau"), reż. O. Ducastel i J. Martineau

"Paryż 05:59" ("Theo et Hugo dans la meme bateau"), reż. O. Ducastel and J. Martineau

Nagrodę Teddy’ego od publiczności otrzymał francuski film Paryż 05:59, czyli gejowska wersja „Przed wschodem słońcem”, która zaczyna się od niemej sekwencji ostrego seksu w jednym z paryskich klubów (trzeba przyznać, że jeśli chodzi o przedstawienia męsko-męskiego seksu to kino LGBTQ dawno już wyzbyło się pruderii). Potem jednak przychodzi miłość – przez anus do serca. Bohaterowie spacerują po nocnym Paryżu, całość rozegrana została w czasie rzeczywistym i kończy się równo o szóstej rano. Po drodze wypływa m.in. kwestia zarażenia HIV, dostajemy więc krótki poradnik tego, co należy zrobić, jeśli uprawialiśmy seks bez gumy. Trzeba przyznać, że francuska służba zdrowia jest na taką okoliczność nadzwyczaj dobrze przygotowana.

Podstawowy grzech dzisiejszego kina spod znaku LGBTQ widzę w łatwym uleganiu kliszom. Bo jeśli mamy Paryż to czeka nas romantyczna love story, a jak pojawi się lesbijka w krajobrazie Polski przełomu ustrojowego, to z pewnością jej udziałem będzie „miłość, która nie śmie wypowiedzieć swego imienia” (Zjednoczone Stany Miłości). Czarnoskóry nastolatek z gór stanie się erotycznym fetyszem dla białego chłopca z francuskiej klasy średniej w Quand a 17 ans , zaś homoseksualna tajemnica w niemieckiej rodzinie zostanie rozwiązana w tonacji wzruszającej i w duchu kina familijnego w Jonathanie Piotra J. Lewandowskiego. A przecież, lata całe domeną queerowej twórczości było obalanie stereotypów, przenicowywanie konwencji i pokazywanie języka „normalnemu” światu. Gdzie się podział ten duch rebelii, ta żądza eksperymentu? Gdzie się ulotniły humor, ironia i sarkazm?

Krytyczny duch pokutuje jeszcze w filmach, w których tematyka LGBTQ przecina się z innymi ważnymi, a często pomijanymi milczeniem problemami społeczno-politycznymi. Alex Anwandter, chilijski muzyk i reżyser, nakręcił film Nunca vas a estar solo (Nigdy nie będziesz sam) poruszony sprawą młodego geja, Daniela Zamudio, którego w 2012 roku skatował i zamordował neonazista. Film nie tylko odsłania homofobię w chilijskim społeczeństwie, ale też pokazuje, że ofiary ataków na tle homofobicznym są zostawiane samym sobie przez państwo i instytucje prawne (czyż nie jest tak samo w Polsce? u nas jednak nikt filmu na ten temat nie nakręcił).

"Don't Call Me Son" ("Mae so ha uma"), reż. A. Muylaert

Don't Call Me Son (Mae so ha uma), reż. A. Muylaert  (źródło: materiały festiwalowe)

W brazylijskim Mae so ha uma (Matka jest tylko jedna) Anny Muylaert siedemnastoletni Pierre dowiaduje się, że został jako niemowlę wykradziony ze szpitala. Jego dotychczasowa matka trafia za kratki, on zaś musi się przenieść do swych biologicznych rodziców, którzy są dla niego de facto obcymi ludźmi. W integracji z nową familią nie pomaga fakt, że Pierre zachowuje się w sposób nader queerowy – lubi nosić damskie ubrania, umawia się na randki tak z dziewczynami, jak i z chłopakami itp. W smutnej koreańskiej The Bacchus Lady E J-yonga śledzimy z kolei losy prostytutki w podeszłym wieku, która, by utrzymać się przy życiu, wciąż musi uprawiać swoją profesję. Jedyną więź znajduje w gronie ludzi tak jak ona wykluczonych, niewidzialnych – jej najbliższą znajomą jest transseksualna kobieta.

Zaciekawił mnie również polsko-czesko-słowacki film Ja, Olga Hepnarova Tomasa Weinreba i Petra Kazdy, opowiadający historię ostatniej kobiety, która została w komunistycznej Czechosłowacji skazana na karę śmierci. Dzieło, zrealizowane w czarno-białej, ascetycznej stylistyce, bliskiej twórczości Roberta Bressona, odrzuca prosty schemat „jednostka versus opresyjny schemat” i pokazuje przede wszystkim egzystencjalne nieprzystosowanie swojej bohaterki, która próbuje desperacko „zakotwiczyć się” także w związkach lesbijskich (nota bene, filmów spod znaku L było w tym roku, jak zwykle, dużo mniej niż historii gejowskich).

Może więc to jest jakieś wyjście z pułapki konformizmu, w jakiej znalazło się kino queerowe? Sięgnąć do przeszłości, zwłaszcza tych rejonów świata, w których tematykę mniejszości seksualnych otaczały (i często nadal otaczają) rozmaite tabu. Europa Wschodnia, a więc i Polska, aż się prosi o alternatywne wersje swojej historii. Rodacy, do dzieła!