kadr z filmu "Pożegnanie" (mat. dystr.)

Do kin wchodzi właśnie „Pożegnanie” Andrew Steggalla – historia nastoletniego Elliota, który wraz z matką przyjeżdża jesienią z Anglii na południe Francji, gdzie obydwoje muszą uporać się z dużymi życiowymi zmianami. Oto wywiad, który Outfilmowi udzielił reżyser.

Koniec i początek

BARTOSZ ŻURAWIECKI: „Pożegnanie” jest Twoim pełnometrażowym debiutem. Trudno go było zrobić? Znaleźć na jego realizację pieniądze?

ANDREW STEGGALL: Zawsze jest trudno znaleźć pieniądze na film, a na debiut zwłaszcza. Zabrało mi to sześć lat. Znajdowałem pieniądze, traciłem pieniądze, znajdowałem aktorów, traciłem aktorów i tak w kółko. W międzyczasie wielokrotnie przerabiałem scenariusz i nakręciłem cztery krótkometrażówki. Raz wszystko już mieliśmy dopięte, mogliśmy przystąpić do realizacji, ale akurat przyszła wiosna. A ja potrzebowałem jesieni i spadających liści, bo to przecież film o końcu. Końcu dzieciństwa, małżeństwa, rodziny. Musieliśmy więc czekać kolejne miesiące.

Tematyka gejowska była dodatkowym utrudnieniem przy zbieraniu funduszy?

W Wielkiej Brytanii nie ma to znaczenia. Chyba że chciałbyś nakręcić film wysokobudżetowy. Ale przy małych, kameralnych produkcjach gejowskie wątki są dopuszczalne.

Rolę matki, Beatrice zagrała Juliet Stevenson. Była Twoim pierwszym wyborem?

W przypadku debiutu nie ma czegoś takiego jak „pierwszy wybór”. Zaczynasz od Meryl Streep, potem myślisz o Maggie Smith… No nie, akurat Smith nigdy nie była na mojej liście. (śmiech) Rolę Beatrice miała pierwotnie zagrać inna aktorka, ale ponieważ musieliśmy przesunąć rozpoczęcie produkcji, nie zgrały nam się terminy. Juliet jest osobą bardzo zajętą, po raz pierwszy wyznaczyła mi spotkanie u siebie w domu o północy. Pogadaliśmy i ona zadeklarowała, że bardzo chce zagrać tę rolę. Dzisiaj zastanawiam się, jak mogłem w ogóle brać pod uwagę jakąkolwiek inną aktorkę. W sumie czuję się szczęśliwy z powodu tych wszystkich opóźnień, bo mogłem zaangażować Juliet.

Stevenson jest świetną aktorką, choć w Polsce nie za dobrze znaną. Pamiętam ją z „Wyliczanki” Greenawaya…

Najsłynniejszą swoją rolę zagrała w „Truly Madly Deeply” Anthony’ego Minghelli. W Anglii jest bardzo ceniona także dzięki rolom w teatrze. To aktorka z klasą. I wygląda bardzo angielsko. Tak jak powszechnie wyobrażamy sobie typowe angielskie ladies. Tak, to prawda. Wygląda jak ktoś, kto może posiadać dwa domy, a jednocześnie nosić w sobie wiele smutku. Co ciekawe, Juliet ma mocną, wyrazistą, pociągłą twarz, tymczasem, grający jej syna, Alex Lawther ma twarz miękką i okrągłą. A jednak wyglądają na ekranie jak matka i syn.

Jak znalazłeś Alexa?

Zobaczyłem go w spektaklu na West Endzie w Londynie. Poszedłem za kulisy, opowiedziałem mu o fabule i postaci, którą mógłby zagrać. Miał wtedy 17 lat. Po jakimś czasie, gdy prace nad filmem stały się bardziej zaawansowane, pojechałem do rodzinnej miejscowości Alexa. Siedział na stacji i czytał Camusa. „O! Zupełnie jak Elliot” - pomyślałem. Pracował nad rolą rok. Pisał przez ten czas dziennik jako Elliot, oglądaliśmy razem filmy, słuchaliśmy muzyki, aż Elliot stał się połączeniem Alexa i Andrew. Alex sam też, przez jedną noc, udekorował ścianę w pokoju swego bohatera. Tę, na której wisi m.in. podobizna świętego Sebastiana. Taka typowa ściana 15-letniego geja.

Z kolei Phénixa Brossarda, który gra Cleménta, znalazłem w Paryżu, gdzie przez 3 lata przesłuchałem wielu aktorów. On jednak najbardziej utkwił mi w pamięci.

 

Alex Lawther jako Elliot (mat. dystr.)

Alex Lawther jako Elliot (mat. dystr.)


Dlaczego zdecydowałeś się kręcić film w południowej Francji? Chciałeś pokazać kontrast między zmysłową atmosferą tego regionu i tamtejszej kultury a chłodną, zdystansowaną postawą Twoich rodaków?

Przede wszystkim chodziło o to, by bohaterowie znaleźli się poza swoją ojczyzną, swoją kulturą, swoim miejscem zamieszkania. Dom, w którym kręciliśmy zdjęcia, należy do mojego przyjaciela i właśnie w czasie pobytu tam przyszedł mi do głowy pomysł na film. Pisałem scenariusz, siedząc pod kasztanowcem i patrząc na dom. Napisałem wiele scen, które były precyzyjnie osadzone w tamtejszym krajobrazie – w lesie, wiosce, zbiorniku retencyjnym…

Rzeczywiście jest tam wielu Brytyjczyków?

W całej Francji Brytyjczycy kupują stare domy. Są bardziej romantyczni niż Francuzi, który nie są tak przywiązani do starego budownictwa. Każda wioska francuska ma mnóstwo opuszczonych domostw, ludzie przenieśli się do nowych budynków zbudowanych na obrzeżach. Brytyjczycy przyjeżdżają i kupują te siedliska.

Elliot jest ułożonym, kulturalnym angielskim chłopcem zafascynowanym Clémentem, który stanowi jego przeciwieństwo. Jest dzikim, porywczym, zbuntowanym chłopakiem. Przypomina mi postacie z filmów Truffauta – choćby Antoine’a z „400 batów”.

Chciałem, żeby relacje między Elliotem a Clémentem przypominały te, które są udziałem bohaterów „Dzikich trzcin” Techinégo. Kino francuskie było dla mnie dużą inspiracją, także np. krótkometrażówki Françoisa Ozona. U Elliota najważniejsza jest głowa, to typ intelektualisty. Natomiast Clément dobrze się czuje w swoim ciele. Są więc sobą nawzajem zafascynowani.

Elliot wydaje się nieśmiały, wycofany, ale tak naprawdę manipuluje Clémentem i swoim otoczeniem.

On wie, czego chce. Myślę zresztą, że wszyscy sobą ciągle manipulujemy. Ja manipuluję teraz tobą, ty manipulujesz mną. Elliot pragnie Clémenta, ale jeszcze nie potrafi manipulować umiejętnie. Jest cokolwiek niezręczny.

Bo jest dziewiczy, w szerokim tego słowa znaczeniu.

Jest też kłamcą. Twierdzi, że przeczytał Prousta, choć to nieprawda. Przeczytał pierwsze dziesięć stron. Udaje, że umie zrobić kawę. Nie umie. Nic nie wie, dopiero się uczy. Publiczność LGBT chciałaby, żeby młodzi geje w filmach byli doskonali, szlachetni i wrażliwi. Ale ja taki nie byłem. Byłem nienasycony, arogancki, skomplikowany. Lubię to, że Elliot nie jest miłym białym płótnem, na które inni geje mogą projektować swoje lepsze „ja”. On jest trochę beznadziejny, ale to też część jego podróży, jego dojrzewania. Musi ułożyć się ze sobą, ze swą seksualnością. I z rodzicami. Zaczyna rozumieć, że są nieszczęśliwi.

Jego ojciec też jest homoseksualistą, ale to ukrywa. Prowadzi podwójne życie. Dla Eliota bycie gejem nie wydaje się już problemem społecznym. Wyłącznie egzystencjalnym.

Na tym etapie życia, na którym Elliot się znajduje, jest to dla niego problem i społeczny, i egzystencjalny. Wolałby nie być gejem, wolałby to ukrywać, ale jednocześnie współczesny świat stwarza mu szanse, stwarza możliwości, których jego ojciec nie miał. Elliot mógłby stłamsić swoją seksualność, jednak Beatrice nie chce, by jej syn był tak nieszczęśliwy jak ona i jego ojciec. Daje Elliotowi znać, że wie o jego orientacji seksualnej.

Ale Elliot nie rozmawia o seksualności, o homoseksualności. Ani z ojcem, ani z matką.

Nie rozmawia. Bo brytyjska klasa średnia ze sobą nie rozmawia. Nie rozmawia o niczym ważnym. Ojciec, Philip patrzy na ścianę w pokoju syna i myśli o swoim czasie dojrzewania, gdy nie stworzył własnej ściany. Nie wyraził, nie zobrazował swoich pragnień. Daje synowi płytę z operą Dworzaka „Rusałka”, jakby mówił: „Ja jestem rusałką i być może ty także”.

 

Andrew Steggall na planie "Pożegnania" (mat. dystr.)

Andrew Steggall na planie "Pożegnania" (mat. dystr.) 

 

Arię z tej opery słyszymy w ostatnich sekwencjach. Język operowy to dawny, sekretny język gejów, którym porozumiewali się, gdy nie mogli wprost mówić o swych pragnieniach i doświadczeniach. W wywiadach podkreślasz podobieństwa między librettem „Rusałki” a fabułą Twego filmu.

Dla mnie opera ta ma kluczowe znaczenie. Po raz pierwszy zobaczyłem ją na scenie w Irlandii, gdzie sam reżyserowałem w teatrze operowym. Idea, że jest ktoś zrobiony z wody, kto chciałby być zrobiony z ciała, by poczuć dotyk, doświadczyć tego wszystkiego, co niesie ze sobą cielesność, wydała mi się doskonałą metaforą wszystkich postaci w „Pożegnaniu”. Kolory w filmie są kolorami wody. Niebieski, zielony. Dom wygląda tak, jakby bohaterowie żyli pod wodą. W ostatniej scenie Elliot nurkuje głęboko w zbiorniku, a potem zaczyna płynąć ku górze, ku nowemu życiu. Musi skonfrontować się z żywiołem wody, zrobić coś niebezpiecznego. To oznacza jego seksualne przebudzenie.

Zarazem w epilogu widzimy Elliota, gdy siedzi przed domem ze swoją matką. Łączy ich samotność, odrzucenie.

Między Elliotem a Beatrice od początku istnieje porozumienie, nawet jeśli Elliot nie jest jeszcze gotowy na szczerość, ucieka od swojej matki. Film otwiera pytanie: „Czy możesz wiedzieć o czymś, zanim się tego dowiesz?”. Elliot wie, że jest gejem, Beatrice wie, że jej mąż jest gejem, Elliot wie, że jego matka jest nieszczęśliwa, Beatrice wie, że jej syn jest gejem. Oni to wszystko wiedzą, ale musi się coś stać, by mogli przyznać się do tej wiedzy, dopuścić ją do świadomości. Dla mnie zresztą „Pożegnanie” nie jest opowieścią o zauroczeniu angielskiego nastolatka francuskim chłopakiem. Clément to tylko katalizator, wywołujący zmianę w bohaterach. Ten film pokazuje przede wszystkim miłość między matką a synem. Ich wzajemną podróż ku sobie.

Beatrice jest żoną geja. W tak konserwatywnym kraju jak Polska małżeństwo często stanowi kamuflaż dla homoseksualnych mężczyzn i kobiet. Ale o tym się nie mówi, to problem wstydliwy. Znasz takie osoby jak Beatrice?

Miałem ojca geja. Był żonaty z moją matką przez 25 lat, ukrywał swoją seksualność. Gdy Beatrice widzi, że Elliot jest zakochany w Clémencie, uświadamia sobie, kim jest jej mąż. Widzi w Philipie to, co dostrzegła w Elliocie. Coś, co przez cały czas wypierała. Zmusza samą siebie, by wyzwolić się od tych wszystkich kłamstw. Nic tu jednak nie dzieje się wprost, bo też w moim życiu nikt nic wprost nie robił.

Byliście szczęśliwą rodziną?

W momencie, o którym opowiada film – nie, już nie byliśmy. Wcześniej były dobre i złe chwile, ale zawsze brakowało między nami komunikacji, przez co żaden z członków naszej rodziny nie potrafił stawić czoła kryzysom, konfliktom i własnym emocjom. I o tym właśnie chciałem zrobić film.

Od redakcji portalu outfilm.pl: "Pożegnanie" wchodzi na polskie ekrany 26 sierpnia. Zobacz więcej o filmie, a także listę kin, gdzie film można obejrzeć.