Kadr z filmu "Dom chłopców"

W ostatnich latach powstała niezliczona ilość queerowych filmów poruszających problem AIDS. Część z nich skupia się na samej epidemii i jej konsekwencjach, inne zaś traktują ten motyw jako pretekst do bardziej uniwersalnej refleksji na temat kondycji człowieka pełnego lęku, wstydu i poczucia wykluczenia.

Strach symulowany, czyli na co choruje kino LGBT

Niedawno amerykańskie media obiegła dość dramatyczna informacja: „jeden na dwóch i pół mężczyzn jest nosicielem wirusa HIV”. Nie są to jednak nowe medyczne statystyki, ale niewybredny komentarz na temat Charlie'ego Sheena, o którym wreszcie napisano coś... „pozytywnego”. Choć jego publiczne wyznanie o byciu zarażonym było całkiem poważne, nie spotkało się ze zbyt dużą empatią. Wręcz przeciwnie – wywołało serię podobnie dosadnych żartów, z których zresztą słynie sam aktor. Takim reakcjom ciężko się dziwić – prywatne życie Sheena będące pasmem romansów z prostytutkami i gwiazdami porno od lat stanowi pożywkę dla mediów. Niełatwo jest współczuć milionerowi, którego talent przyćmiły liczne odwyki i przemoc wobec kobiet. A sam wirus? Wstydliwa sprawa, kolejna cena niekontrolowanej sławy. „Condoms and honesty” przed każdym stosunkiem (jak stwierdził sam zainteresowany) i stała opieka lekarza.

1 grudnia obchodzony był Światowy Dzień Walki z AIDS. Choroba ta, mimo że wciąż nieuleczalna, pozbawiona jest dawnej grozy. To, co jeszcze parę lat temu brzmiało jak wyrok śmierci, dziś staje się zaledwie wyrokiem w zawieszeniu. W powszechnej świadomości „+" zaczyna funkcjonować jako problem zdrowotny nie bardziej uciążliwy od cukrzycy. Podobnej tezy broni Światowa Organizacja Zdrowia, według której „biała śmierć” zbiera już większe żniwo niż nabyty niedobór odporności. I chociaż gdzieś w cieniu choroby wciąż kłębią się zbiorowe lęki, sama trauma wydaje się być częściowo przepracowana.

Strach przed AIDS, podobnie jak pamięć o przerażającej skali tragedii w latach 80-tych, przede wszystkim zaciera czas. Do głosu dochodzi pokolenie, które zwyczajnie nie potrafi wyobrazić sobie utraty w bardzo krótkim czasie wielu bliskich osób, często młodych lub w sile wieku. Inną sprawą jest fakt, że wybuch epidemii dotyczył przede wszystkim Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej (granice Europy Wschodniej były wówczas zamknięte), co uchroniło nas przed rozmiarem tamtego dramatu. Współczesne kino, zarówno stricte queerowe, jak i to skierowane do szerokiej publiczności, wciąż kurczowo trzyma się przeszłości. Nadal powstaje wiele filmów, które mają za zadanie uświadomić dzisiejszemu odbiorcy jak duży wpływ na społeczeństwo miało pojawienie się AIDS. Jednak polska widownia nigdy w pełni nie rozumiała i nie zrozumie fascynacji tamtym okresem podsycanej w Odruchu serca (2014, reż. R. Murphy), Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek (2012, S. Kaijser), czy w Domu chłopców (2011, reż. J.C. Schlim). Dzieła te są dla nas przejmujące głównie na poziomie fabuł przedstawiających urwane życia i relacje bohaterów. Cała społeczna skala tragedii usuwa się w cień i dla wielu, mimo świadomości historycznej, zdaje się być nie do końca wiarygodna i wyraźna.

 

Kadr z filmu "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek"

Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek, reż. S. Kaijser

 

W filmach mainstreamowych motyw HIV/AIDS ma na celu burzenie uprzedzeń wobec homoseksualistów – tak było niegdyś w przypadku Filadelfii (1993, reż. J. Demme), a ostatnio w Witaj w klubie (2014, reż. J.M. Vallée) . W obu dziełach mamy do czynienia z bohaterami, którzy muszą odrobić swoją lekcję z tolerancji. Stykając się z chorobą (lub doświadczając jej na własnej skórze) przechodzą wewnętrzną przemianę, pożądaną też u widza. Z kolei, dzieła kina queer zazwyczaj zajmują się mitologizacją epidemii – próbują przedstawić ją jako zjawisko kluczowe dla formowania się jednolitej, gejowskiej społeczności, którą złączyła tragedia o gigantycznej skali. Odwołują się również do bardziej uniwersalnych emocji, eksplorując stany z jednej strony sprzężone z chorobą, z drugiej zaś bliskie wielu osobom nieheteronormatywnym: izolację, poczucie winy, wykluczenie, stygmatyzację. Samo zarażenie jest więc znacznie bogatsze znaczeniowo niż to się może wydawać, a jego rola jako powracającego w queerowej kulturze leitmotivu być może większa niż wielu widzów by tego chciało. Część odbiorców kina LGBT jest już bowiem zmęczona gejowską martyrologią. Jedni – ci świadomi ryzyka - mają dość moralizatorstwa, inni – wyautowani – negują akcentowanie poczucia inności. Najbardziej sceptyczni zadają pytanie: czy po Aniołach w Ameryce da się powiedzieć coś więcej? A nowocześni sprzeciwią się pogłębianiu stereotypów. Tych zaś w kinie LGBT niestety nie brakuje.

Na filmowy obraz zarażonego homoseksualisty składa się wiele klisz. Ta najbardziej oczywista i utrwalona w powszechnej świadomości przedstawia wirus jako rodzaj kary. Spada ona na zagubionych bohaterów, którzy targani silnymi popędami krzywdzą siebie i swoich partnerów. W taki schemat wpisują się bohaterowie Ostatniego akordu (1993, reż. S. Whittaker), zapomnianego już nieco brytyjskiego klasyka. Opowiada on historię kobiety, która odkrywa, że jej mąż jest biseksualistą. Poznając jego kochanka umierającego na AIDS, stopniowo wnika w świat, o którym do tej pory nie miała pojęcia. Mimo lęku przed chorobą nie opuszcza męża. Ten jednak musi ponieść konsekwencje swoich błędów, a na jego twarzy pojawia się, niczym kainowe piętno, czerwone znamię.

 

Fatalny układ, reż. L. Lopez

Fatalny układ, reż. L. Lopez 

 

W podobnym kontekście motyw HIV obecny jest w całkiem współczesnym, również brytyjskim filmie, Fatalny układ (2015, reż. L. Lopez). Jego bohater także żyje w zakłamaniu. Przed żoną ukrywa romans z jej młodszym bratem, przed nim zaś swoje wcześniejsze, liczne doświadczenia z przypadkowymi mężczyznami. Zaraża tym samym dwie, najbliższe sobie osoby, co nieuchronnie prowadzi do dramatycznej konfrontacji. Nie przynosi mu to jednak odkupienia, a drogi naznaczonych bohaterów nagle się rozchodzą.

Zupełnie inny obraz zarażonych pokazuje The Living End, film Gregga Arakiego z 1992 roku - tutaj wirus staje się pretekstem do buntu i ucieczki. Główni bohaterowie to niepokorni outsiderzy, którzy nie mając nic do stracenia wyruszają w szaloną podróż po amerykańskich bezdrożach. Ich losy wynikają nie tyle ze świadomego sprzeciwu wobec społeczeństwa, ile z całkowitej obojętności względem życia, które i tak jest kruche, ulotne i niewiele znaczy. Wierząc tylko w „tu i teraz” młoda, nieobliczalna para zostawia w tyle poczucie wykluczenia i wstydu, porzuca je na rzecz namiętności i pasji.

 

Pełnia życia, reż. N. Meckler

 Pełnia życia, reż. N. Meckler

 

Innemu przewartościowaniu ulega pod wpływem diagnozy bohater Pełni życia (1996, ). Ten młody, żywiołowy tancerz nie ucieka od rzeczywistości, lecz angażuje się w nią jeszcze bardziej. Umacnia się w nim chęć budowania bliskiej relacji z nieco starszym mężczyzną, który staje się jego kochankiem, mentorem i najbliższym przyjacielem. Fizyczne konsekwencje choroby nie odbierają mu determinacji i mimo mocno osłabionej sprawności trenuje dalej, biorąc w końcu udział w niezwykłym spektaklu. Choć chwilami wzniosły, film nie ociera się o patos, a główny bohater obdarzony jest rzadkim w filmach o AIDS rysem charakteru – dystansem. Obok silnie emocjonalnych scen pojawiają się tu takie, w których ciepło i humor łagodzą bolesne doświadczanie choroby. Obraz staje się więc afirmacją życia, jakiej w kinie LGBT wciąż jest za mało.

Jednym ze współczesnych, pozytywnych wyjątków i, miejmy nadzieję, zwiastunów nadchodzących zmian, jest drugoplanowy bohater gejowskiego serialu HBO – Spojrzenia (2014-2015). Eddie to sympatyczny, wiodący całkiem normalne życie mieszkaniec San Francisco. Nie zmienia notorycznie partnerów, ale nie ocenia tych, którzy to robią. Wytatuowany na ręce napis Positive oddaje nie tylko jego status zarażonego, ale i podejście do życia. I choć nie jest w pełni wolny od utartych schematów (pracuje w ośrodku pomagającym dzieciakom z ulicy), wyłamuje się z ponurego stereotypu nosiciela-męczennika.

Dopóki problem AIDS pozostaje nierozwiązany, trzeba o nim mówić, także w kinie. Pytanie tylko, jak to robić, aby z jednej strony nie popadać w przesadny patos i nie umacniać postaw cierpiętniczych, a z drugiej nie bagatelizować tematu choroby. Najlepszym wyjściem byłoby oddanie głosu samym zarażonym, jednak ci, w większości, wciąż nie są gotowi, by mówić o tym wprost. Wyznanie Sheena nie przysłuży się oswajaniu lęku. Spowodowane szantażem, a nie wewnętrzną potrzebą, nie pociągnie za sobą innych. Pada z ust skandalisty, więc utrwali wizerunek zarażonego - osoby zdegenerowanej i uzależnionej. Ten najbardziej opatrzony. Ten, z którym pora zerwać.