Mascarpone

Uroczy film. Nawet więcej niż uroczy. Postaci wyraziste i przekonujące zarówno w tym, co pokazują wprost, jak i w tym, co skrywają. A skrywają na pewno dużo. Taka metafizyka codzienności a la Białoszewski plus cudowny włoski klimat, bynajmniej nie widokówkowy. Tylko w Denisie ciemna tajemniczość. Za życia -przestylizowaany sybaryta jak Wilde w latach jego triumfów (tylko tych parę celnych uwag psychologicznych, znacznie celniejszych od Wilde'owskich banałów), i drugie jego oblicze, ujawnione po śmierci - też jakby Wilde, ale gorzko-szlachetny autor "Szczęśliwego księcia".

Cykady

Znakomite, przejmujące, wiarygodne - zarówno na powierzchni, w dialogach (genialne!), jak pod nią, w zawieszeniach, niedopowiedzeniach, wyrazie twarzy, w tonie głosu, spojrzeniach. Wzruszające i miejscami zabawne. Inteligentne. Może trochę publicystyczne, ale nie mam o to pretensji. Zakończenie dokładnie takie, jakie powinno być - obaj bohaterowie dorastają do decyzji o ujawnieniu bolesnych sekretów w swoim życiu. Przecież nieważne, jak zareaguje ojciec Sama czy matka Bena. To ewentualnie tematy na zupełnie inne historie.

D'Agostino

Nie odrzucam tego filmu. Bynajmniej mię nie nudził. Oczywiście wiele mię w nim irytowało. Ale oglądając go, mimo to nie chciałem z niego zrezygnować. Ktoś tu wspomniał o ewentualnej metaforze schowka z zarodkiem jako gejowskiej szafy. Nie, to nie to. Ale zachowanie Allana wobec swojego d'Ago można uznać za rozbudowaną przenośnię manipulacji, instrumentalizacji czy wręcz przemocy wobec obiektów ludzkich uczuć.

G-Spot: sezon 3 - odcinek 3

Daję pełne 5. Bo więcej nie mogę. A chciałbym.

A poza tym łaknę kontynuacji. Bo wątków ku niej jest sporo.

Podobne filmy w USA, czyli równie sympatycznie obrazujące dochodzenie z sukcesem dotychczasowych upośledzeńców społecznych swoich racji dzięki zaangażowaniu dobrych ludzi, zwano często wspaniałymi amerykańskimi filmami radzieckimi. Bo tu i tam jest wspólny cel, co nieco personalnych wątpliwości po dobrej stronie, a na koniec społeczny sukces, a przy okazji parę indywidualnych satysfakcji. Jedyna różnica - tu i ówdzie tryb owej satysfakcji. A propos - menage a trois w wykonaniu owej ślicznej trójki był jednym z najmocniejszych punktów tego ślicznego filmu.

Vous avez dites, que j'ai eu parler le pareil.
Et d'outre - Lyon est la plus merveuilleuse cite en France, je pense.

Zawsze na tak

Pornos upozowany na reality show z filozoficznym zadęciem. Plus rozczulająco infantylny happy end godny heteryckiego romansidła. Sorry, komedii romantycznej. Utekstowione przemyślenia między kolejnymi orgazmami lub ich namiastkami - pierdolenie kotka za pomocą młotka.

Matthias i Maxime

Tak do końca to ciągle jeszcze nie wiem. Najpierw sporo sztafażu - zresztą bardzo rozmaitego oraz interesującego. Każdy z jego wątków zasługiwałby na fabularną kontynuację, być może wspaniałą. Główny temat wykluwał się jakby niepostrzeżenie, a jego akme - zanim się w ogóle mogliśmy zorientować, że się właśnie stało - zostało zblackoutowane. A to, co następowało potem, zrazu się mi wydało banałem a la Harlequin, ale nie.

Odpowiedź na wszystko

Jestem za. Słowo w słowo. Śliczne, cudowne.

Boy Meets Boy

Wspaniały film o dwóch (co najmniej ) warstwach. Pierwsza - film gadany jak u Rohmera i Linklatera. To lubię, kiedy się ciekawie i MĄDRZE gada. Tu tak jest. Druga - o oczekiwaniach, niespodziankach, lęku przed wyborem, który mógłby zmienić wszystko w dotychczasowym życiu i nie wiadomo, czy na lepsze, w końcu o rezygnacjach jako istotnego przymiotu dorosłości. Po prostu o niespełnieniu. Owszem, bohaterowie są młodzi, ale nie są młodzikami. Swego rodzaju age coming out. Wszystko na ćwierć gwizdka, bez egzaltacji, delikatnie, subtelnie. Więcej widzimy między wierszami.

Świetne, prześwietne! Konkurujące z Linklaterem, nawet z jego pierwszą, najlepszą odsłoną. Czuła, lecz i bezwzględna wiwisekcja drogi przez mękę ku uczuciu, kiedy tak łatwo o jego erzac. I jak ta łatwość - wydawać by się mogło - korona zwycięstwa dotychczasowych odrzuceńców przestaje być docelowym ideałem, bo dawny model szczęścia wydaje się idealniejszy niż obecny promiskuityzm, choć z queerową poprawką.
Nie wiem, i chyba nie będę już wiedział, jak się to dalej potoczy. Jestem stary i tego nie doczekam.
Ale z beznamiętnie naukowego względu cholernie mię to interesuje.

GAY SHORTS I

Błąkanie się po bezdrożach kultury poza heterycznym rdzeniem w wykonaniu nieheteryka wydaje się nie mieć końca. Trudno się dziwić - wieki absolutnego panowania tradycji, wspartej wszak biologią. Co do ekstremalnego queerowego behavioru, jakim jest dragqueenstwo, naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Estetycznie (ale nie tylko) pod każdym względem jestem przeciw. Lecz zdaję sobie sprawę, że to jest autentyczny przekaz siebie tych ludzi, którzy mi się skądinąd nie podobają. Ani banalnie ogólnie, ani seksualnie.

GAY SHORTS II

Bardzo mi się podobało. Niedomówienia, nawet w ostatnim, pozornie cholernie seksualnym szorcie. Kto chce jednoznaczności, niech ogląda sentymentalne romanse (zresztą też je lubię) albo pornosy (zdarza mi się je oglądać), ale to był zestaw dla dorosłych.

Saint-Narcisse

Ja też uważam film za fajny, a nawet bardzo fajny - ze względu na atmosferę, niemal metafizyczną. Intensywny, ale właściwie podpowierzchniowy erotyzm, przekraczanie norm kulturowych (czyt. religijnych) w imię emocjonalnego autentyzmu (incest), religijna psychoza jakże często identyczna z seksualną. Dla miłośników klimatów

Koniec wieku

To pokręcenie to po prostu życie. Życie po dorosłemu. Bo o co chodzi w upragnionej przez publiczność żądną bezmyślnego sentymentalizmu ("a potem żyli długo i szczęśliwie"), tudzież fajerwerków seksu? Życie rodzinne, zwłaszcza z dzieckiem nie na tym polega. Jak budować wspólny żywot, widząc w nim wartość najwyższą, ponad doraźne, a i remanentowe chwilowości. A i tak dziecko - świadomie wybrane - jest najważniejsze i zasługuje na jedyne i niepowtarzalne dzieciństwo, bo je swym wyborem mu zapewniali. Pacta sunt servanda. Młodzieńczość nie musi być chorobą przewlekłą.

Let My People Go

Podpisuję się wszystkimi kończynami pod powyższym komentarzem.

Dom nad jeziorem

Poczytałem se komentarze. Mocno mi smutno. Nie z powodu filmu, który jest bardzo ładny i nic mu nie mam do zarzucenia. W takich układach tak zwykło bywać. Czego się jeszcze można było spodziewać, żeby cała trójka żyła odtąd długo i szczęśliwie? To się nie zdarza raczej nawet w konwencji heteroromantycznej, a już tym bardziej homo.

Królowa balu

Zupełnie nie rozumiem sensu pretensji co do warsztatu, gry aktorskiej itp. Czego się autorzy takich komentarzy spodziewali po filmie. Przecież chyba dzieła na miarę Bergmana, tylko komedii romantycznej z przesłaniem. Takie komedie w wydaniu hetero nie potrzebują przesłania, bo o nicnie walczą, po prostu nie muszą. Ale każdy film (nie tylko zresztą film) LGBT niestety musi być manifestem (sorry, taki klimat) i pewno długo jeszcze tak będzie. O ile nie zawsze. Optymizm, jeśli zawarty w przesłaniu, też ma sens.

Tęsknię za Tobą

Wspaniałe, wręcz genialne. Przejmujące i prawdziwe. Dzieło sztuki jak życie ludzi u antycznych Greków. Zresztą, co ja pierdolę, przecież się tego z niczym dotąd nie da porównać pod względem treści. A forma godna. Dziś już o niczym innym nie będę myślał.

Dzikie koty - odcinki 7-8

Jeszcze coś. Do prezentowanych w filmie szlachetnych wartości dołączyć chcę MĄDROŚĆ. Czyli taką, która nie jest tożsama z erudycją (mało się dowiadujemy z filmu o niej, co wcale nie znaczy, że nic). Między mądrością a głupotą jest taka różnica jak między wiedzą i niewiedzą. Tyle że prawdziwa wiedza jest pokorna (następny archaizm aksjologiczny) - czyli że dopuszcza zmiany pod wpływem nowych informacji. Głupota natomiast to niewiedza z gruntu arogancka - albo nihilistycznie (nie wiem, i co mi zrobisz? - patrz Bareja), albo nadpretensjonalna ,tzn. beserwiserska.

Cudna idylla. Słowo sielanka nie przeszłoby mi tez przez usta. Nie wiem, jak wygląda życie młodej bohemy w Memphis, jak zresztą gdziekolwiek. Pewno nie tak szlachetnie. No właśnie - SZLACHETNIE. Nie ma tu zupełnie totalnego promiskuityzmu, do jakiego przywykliśmy nie tylko w filmach LGBT, ale i w realu - też gdziekolwiek. Nie ma nawet wibrującego seksu, który w takich środowiskach uchodzi za oczywistość (pomijam dziwny sygnał Homo riot).

Przecinek i kropka

Jeszcze raz o tym filmie. Czapki z głów! Mistrzostwo pod każdym względem!

To było coś fascynującego. Zaczynało się na znanym empatycznym, ale mocno prostym poziomie, potem się komplikowało - pozostając jednak w obrębie szlachetnej empatii, dalej komplikowało się coraz bardziej i coraz bardziej porzucało płaszczyznę empatyczną na rzecz zagadek typu psycho-thriller, by w końcu dojść do poziomu ponurej dystopii o manipulacjach człowieczeństwem i zwątpienia w autentyczne emocje. A w finale apoteoza tradycyjnego ojcostwa.
Przejmujące, intrygujące, cholernie inteligentne i formalnie zbliżone do doskonałości. Napisałem to w zachwycie.

Coming out 10-12

A ja obejrzałem wszystko dopiero teraz. Zatem refleksje hurtowo, tudzież też hurtem odniesienie do dotychczasowych recenzji.
Serial typu soap oper z wszystkimi cechami tego gatunku. Gdyby się to rozgrywało w rzeczywistości heteronormatywnej, mówiłbym o słabościach, zresztą immanentnych dla tego typu filmów. Ale - umówmy się - takie filmy o ludziach LGBT funkcjonują na innych zasadach. Bo dotyczą segmentu społecznego, który jest poza normą i wciąż zabiegającego o zrównanie szans. W jakiś sposób dotyka to też pornografię.

Out

Podpisuję się pod wszystkim, co wyżej napisano. To powinna być obowiązkowa lekcja nie tylko w szkołach, ale wszędzie. Od mediów tzw. narodowych przez kościelne (mocą nakazu sądowego) po sfery rządzące. Jeśli będą już wreszcie pozaPiSowskie, problemu nie będzie.
Jeśli PiS pozostanie przy władzy, nam pozostanie już tylko partyzantka. Ile razy można wchodzić do tej samej rzeki?

A potem tańczyliśmy

Genialny!!! Bez wahania dodam: arcydzieło!!!!

Fontanna szczęścia

Zgadzam się.

Wcale nie głupi, a i nie taki zabawny. Spod farsowej konwencji raz po raz wychodzi coś całkiem przeciwnego. Pewno, to nie Dostojewski. Zresztą dzięki bogu.

Kuzyni

Bajeczka, jakiej większość z nas pragnie. Poza tym całkiem inteligentnie rozegrana, zwłaszcza w finale. Do czego się tu więc przyczepiać? Ja się nie przyczepiam. I oglądam po raz kolejny.

Chory z miłości

Przypomina to salonowe farsy z dawnego teatru, a i filmu. Czyli wąskie grono protagonistów, rysowanych grubą kreską na granicy przeszarżowania i absurdu - odnosi się to też do zasadniczego konceptu fabularnego (w tym komedia pomyłek), dużo gadania w guście standuperów, ale tu nawet inteligentnego (co fachowość, to fachowość).
O takich farsach Francuzi mówili - piece bien faite, tj. sztuka dobrze zrobiona - co oczywiście mówi wszystko rodzaju tej fachowości. Rzemieślniczej. Ale nie jest to przygana.

To tylko przyjaźń

Film świetny. Oczywiście nie żadna tragedia, tylko sympatyczny romans. Taki, który każdy z nas chciałby przeżyć w dowolnym wieku. Choć najlepiej w młodości, bo miłość najlepiej wychodzi za młodu - świeżość, czystość, optymizm i skłonność do bezkrytycznego entuzjazmu. Oczywiście taka historia w Polsce nie mogłaby się zdarzyć. My jeszcze długo będziemy skazani na tragizm. Ale Holandia do tego już dorosła. Zazdroszczę Holendrom tej życzliwej wszystkim dojrzałości cywilizacyjnej. Ale to ich dzieło. Na pewno też przedtem było tam gorzej. Każda społeczność musi do tego dojść sama.

Znowu przefajna Holandia, gdzie o swoją seksualną inność nie trzeba się bić, bo i tak ją wszyscy zaakceptują, nawet imigranci z ogarniętej wojną domową Syrii (ciekawe wszak, czy tam u siebie byli równie tolerancyjni, czy to bonus nowego miejsca osiedlenia - zakładam jednak, że tacy byli już, zanim dotarli do Niderlandów). Tak poza tym się to ogląda (zresztą z najwyższą przyjemnością) jak całkiem tradycyjny młodzieńczy romans - jak np. pamiętam ze swojej paleolitycznej młodości np. Siesicką. Różnica (lub jej brak) płci by nie miała tu znaczenia. A przecież do tego dążymy, nieprawdaż?

O tym filmie mogę pisać tylko w superlatywach i bez najmniejszych zastrzeżeń. Rewelacja pod każdym względem: scenariusz i reżyseria, tudzież aktorzy - perfekcja, wymowa - na miarę hymnu do miłości z 1. listu do Koryncjan Pawła z Tarsu z wiarygodnym przełożeniem na XXI w. (niestety tylko w Holandii), klimatyczne detale (rewelacyjna babcia z jej okupacyjną historią, mocno porąbana mama blondasa oraz oraz rodzina imigrancka - tu zresztą jedyny mój zarzut, bo mało prawdopodobna ze względu na swój status majątkowo- i obyczajowo-społeczny). Ale to drobiazg na ogólnym tle. Film prześliczny.

Mój przyjaciel heteryk

Jeszcze jedna uwaga. To że mężczyzna z początku biseksualny zmienia się ostatecznie wyłącznie w geja, jest dla mnie oczywiste. Znam wiele takich historii życiowych, sam się też tutaj chyba znajduję. Piszę chyba, bo w końcu nie wiem, czy w odległej młodości faktycznie byłem biseksualny, czy próbowałem sobie to wmówić jako ostatnie usprawiedliwienie swojej nieakceptowanej odmienności.
Wiem, że część biseksów pozostaje do końca w swojej dwoistości. Ale wiem też, że wędrówka w odwrotnym kierunku jest niemożliwa. Dlaczego? A tego nie wiem.

Film jest PIĘKNY, poruszający do głębi, przekonujący (choć - ale o tym za chwilę), gorzko-ciepły, inteligentny, z pięknym, acz gorzkim przesłaniem. Nadto świetnie zrealizowany i zagrany.
Główny koncept fabularny jest znany z paru filmów hollywoodzkich ze sławnym Avanti Billy'ego Wildera (1972) na czele. Oczywiście tam pary były różnopłciowe.
Osobiście mam co do tego konceptu dwa pytania
1) Czy prawdopodobna jest miłość i namiętność realizowana raz na rok? Na ogół czas i oddalenie działają niszcząco, a tu widzimy wręcz potęgowanie się i pogłębianie.

Przesłanie filmu jest dla mnie oczywiste i zresztą piękne, choć bolesne - ale tak jak bolesne bywają wybory pomiędzy własnymi emocjonalnymi ambicjami a wartościami związanymi z losem (szczęściem lub nieszczęściem) innych bliskich. I z nów chodzi o kwestię tzw. mniejszego zła, nawet kosztem siebie. Zresztą czy naprawdę - czy facet mający żonę i dwójkę dzieci po ich opuszczeniu na rzecz kochanka (czy naprawdę kochanego? Bo co to faktycznie znaczy?) mógłby się stać szczęśliwy? Kwestia na miarę starożytnych tragików i Szekspira razem.

Przesłanie filmu jest dla mnie oczywiste i zresztą piękne, choć bolesne - ale tak jak bolesne bywają wybory pomiędzy własnymi emocjonalnymi ambicjami a wartościami związanymi z losem (szczęściem lub nieszczęściem) innych bliskich. I z nów chodzi o kwestię tzw. mniejszego zła, nawet kosztem siebie. Zresztą czy naprawdę - czy facet mający żonę i dwójkę dzieci po ich opuszczeniu na rzecz kochanka (czy naprawdę kochanego? Bo co to faktycznie znaczy?) mógłby się stać szczęśliwy? Kwestia na miarę starożytnych tragików i Szekspira razem.

Spotkajmy się

Mocno to skądinąd nieporadne. Ale doprawdy bardzo przekonujące. I pewno w tym jego siła - np. że o tym nie przestaję myśleć. Niby nic się nie stało (licząc nawet dość naturalistyczną scenę seksu), ale się coś stało. I rozważam z dużym zainteresowaniem, co mógłby wybrać ten painted bird, acz mocno już wyskubany, wobec najzwyczajniejszej zwyczajności kumpla sprzed lat. Z którym się całkowicie gotów się jestem identyfikować.

Zatoka miłości

Film z paskudną skazą. Jeżeli przedstawienie kiełkującego u czucia i namiętności między chłopcami z dwóch absolutnie różnych światów było nad wyraz przejmujące, to rozwiązanie (czy to miał być morał?) jest absolutnie do dupy. I to najdupniejszej dupy. Bo co ostatecznie wybrał
Brady, odrzucając fizyczne, ale i duchowe zauroczenie Cliffordem, przy okazji go skrajnie
krzywdząc, przybliżając się bardziej do Boga, choć niekoniecznie pod dyktando bigockiej mamusi?

Odzyskać i stracić

Wręcz rozkoszna w swym prognozowanym optymizmie wielowątkowa i wielotematyczna opowieść o rozmaitych przejawach różności, ich wzajemnych spięć - czasem wręcz gwałtownych - lecz ostatecznie oczywistych w gotowości do wzajemnego zrozumienia, akceptacji, a i bohaterstwa we wzajemnej obronie. Bajka? Pewno tak. Ale tęsknię za takimi bajkami.

Boys

Holenderska normalka. Co by już wystarczyło za skrajny komplement co do treści. Co do formy zresztą również.
Pozostaje dla mnie problemem, czy po europejskim zwycięstwie owej niderlandzkiej normalności przynajmniej w skali Europy będzie jeszcze stosowna nisza dla kultury LGBT - kiedy zabraknie już wykluczań i prześladowań?

Sympatyczne i chyba mądre. W wieku owych chłopców byłem miliony lat temu (a propos - czemu ten głupi angielski tytuł, skoro niderlandzki znaczy to samo co polski "chłopcy"?), kiedy takie relacje były zupełnie nie do pomyślenia. Podstawowe emocje jednak rozumiem, bo i tak są uniwersalne. Plus specyfika gejowska, która się pewnie nigdy nie zdezaktualizuje.

Facet idealny

Bajeczka dla dzieciaczków. I to powinno wystarczyć.

Dogrywka

Przegorzka autopsja samozakłamania. Takiego do gruntu i pod grunt. Oczywiście jako próby znalezienia się w świecie tzw. normalsów - co w męskich sportach jest pewnie oczywistością. Wnioskuję to po częstotliwości pojawiania się filmów na ten temat. Jak mnie to smuci, choć sam takich sportów nie uprawiam i ich nie lubię.
Owszem, film gadany. A co można jeszcze zrobić po latach, kiedy świeżość uczuć doszczętnie przeminęła?

Po wschodniej stronie muru

Głęboko poruszająca fabuła o rzeczywistości, która już szczęśliwie przeminęła, ale którą ja aż za dobrze pamiętam. Ten upokarzający Europejczyków podział ich wielkiej ojczyzny (bo Europa jest naszą wspólną ojczyzną), a dla Niemców tym bardziej. Bywałem wtedy w obu Niemczech. Pamiętam szczególnie rok 1981 - 30. rocznica budowy muru w Berlinie. W zachodniej części fiesta (bo każdy event jest dobry, by go rozrywkowo skomercjalizować. Pewno jestem niesprawiedliwy - raczej było utrzymywanie dobrej miny do złej gry. Bo co innego można w ogóle zrobić?

Blask oceanu

Nie bardzo wiedziałem, o co w tym filmie chodzi. A raczej wiedziałem, że o nic nie chodzi. I tyle, i kropka.

Adwokat

Rzecz dziwna. Homofobiczna Litwa (to słowo zresztą pada w dialogach) jeszcze bardziej niż Polska wydała film, który ojczyźnie oddaje jakąś cześć - bo są tam osoby i środowiska, które potrafią żyć skutecznie pod prąd. Widzę tu sporo patriotycznych zabiegów - maleńka Litwa wydaje się odważniejsza niż dużo większa Polska. Na co wskazują chociażby plenery i wnętrza luksusowych wieżowców, kawiarni czy loftów w Wilnie, skądinąd znanym z rozkoszno-melancholijnych (dla Polaków) pejzaży starówki, których tu zupełnie zabrakło. Może dlatego że mogły się zbyt z Polską kojarzyć.

Słona woda

Tak samo jak w "Randce na całe życie" z tym samym drewnianym głównorolnym bohaterem nie ma o czym gadać. Szkoda czasu. Chyba że ktoś lubi miłe bzdury.

His

Film bardzo sympatyczny dla wielu (chyba większości) z nas oczekujących happy endu pt. i dalej żyli długo i szczęśliwie z pełną aprobatą otoczenia. Nie znam realiów japońskich, ale z innych filmów wiem, że tak idealnie tam nie jest. Zresztą i w tym filmie parę bolesności egzystencji ludzi LGBT w nie do końca kompatybilnym otoczeniu też widać. Lecz poza tym optymistyczna wizja jak marzenie. Czyli baśń, której oczekiwaliśmy.

“A potem tańczyliśmy” poruszy Was do głębi

Obejrzałem po raz drugi, smakując detale. Odkrywałem takie, które za pierwszy razem umknęły mojej uwadze. Je pewien, że następnym razem coś znów rewelacyjnego się mi pojawi. Przaśna siermiężność homofobicznej tradycyjnej Gruzji, ale rozjaśniona przebłyskami NOWEGO (przyjaciółka bohatera, a nawet jego brat), ale nade wszystko taneczny manifest burzący szacowną, ale już strupieszałą tradycję. Zresztą dla tego tańca można ten film oglądać z zachwytem i bez kontekstu. Cudo na cudami!

Ten film to jest coś takiego, że absolutnie wymyka się jakimkolwiek porównaniom i ocenom. Jak "Cienie zapomnianych przodków" Joselianiego, zresztą też Gruzina. Absolutne, najabsolutniejsze arcydzieło! Nie śmiem jego wspaniałości kalać swoimi przaśnymi słowami. A na marginesie: i egzotyczna, i jednocześnie NASZA Gruzja ze wszystkimi sprzecznościami swoimi filmami na pewno jeszcze nieraz powali nas na kolana.

Taksówką do klozetu

Faktycznie codzienny, z zwłaszcza conocny behavior bohatera jest mocno odstręczający, ale taka była rzeczywistość tamtych czasów. Jak się nie mogło, bo się nie miało prawa sublimować swoich emocji wg prawideł obowiązującej etyki hetero, to pozostawał tylko nagi seks. O seksualności (i bynajmniej nie homo) niepoddanej wymogom kultury pisał dosadnie już markiz de Sade.

Faktycznie codzienny i conocny behavior bohatera jest wyjątkowo odstręczający. Ale - takie było życie gejów w tamtych czasach. Zresztą nie wiem, czy teraz to też nie jest aktualne w Polsce, przynajmniej poza dużymi miastami i poza tzw. jet society. Idzie mi o oczywisty dysonans pomiędzy wysoką kulturą, którą się nam narzuca w jedynej dopuszczalnej wersji, czyli tradycyjno-heterpseksualnej na temat miłości a własną bynajmniej nietradycyjną seksualnością.

Środek świata

Film znakomity. Po prostu piękny. I absolutnie uniwersalny, bez żadnych metaforycznych łamańców. Geje funkcjonują jawnie, przemocy zewnętrznej nie ma, a rozczarowania i zawody takie jak w dotychczasowej, tradycyjnej kulturze. I podobny morał - trzeba żyć dalej, bo i tak się ma oparcie w wartościach trwalszych. Przesłanie gorzko-optymistyczne, bo to wszak klasyczny niemiecki Bildungsfilm (bo przecież nie -roman).

Randka na całe życie

Banał nad banały. Aż się dziwię sobie, że mi się w ogóle chciało to komentować.

Dni ostatnie

To jest jeden z moich najmilszych filmów. Oczywiście bajka, ale nie urągająca mojej inteligencji. Rzekłbym nawet - wprost przeciwnie. Nie ma tu postaci zdecydowanie złych. Są tylko etycznie zniuansowane i rozwijające się ku lepszemu. Poza tym rozkosznie barwne. Bajka z krzepiącym morałem. I niekoniecznie mi chodzi o happy end. Nadto błyskotliwe dialogi.

Wakacje

Film bardzo fajny. Nie znam oczywiście realiów Ekwadoru w żadnym jego segmencie społecznym, które tu pokazano. Bardzo już dawno nie jestem nastolatkiem, więc problemy bohatera mogę pojmować tylko wg swojej obecnej wiedzy (tzn. z trzeciej ręki). Ale intuicyjnie nie widzę tu fałszu. Wręcz przeciwnie. Jako dużo starszy dodam - przecież właściwie żadne pierwsze miłosne zauroczenie nie ma szans.

Spójrz mi w oczy

Film znowu gadany, co dla mnie - wielbiciela Rohmera i Linklatera - jest komplementem. Wbrew paru zastrzeżeniom niektórych komentatorów - cottage na pustyni z nieogrzewanym basenem nie jest niemożliwością dla amerykańskiej klasy średniej (i to bynajmniej nie upper-middle-class). Finał jest zgodny z przesłaniem podobnych (choć rozdzielnopłciowych) fabuł z dawnych czasów. Wg Heraklitowej zasady - nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Plus - dorosłość też czegoś wymaga.

Moje wielkie włoskie gejowskie wesele

Mam wrażenie, że dotychczasowym komentatorom zabrakło podstawowej wiedzy o europejskiej kulturze i wykształconych przez nią schematach. Po pierwsze - nie jest to film realistyczny, tylko pewna rozrywkowo-poważna fantasmagoria. 1) Nie sądzę, by któraś para jednopłciowa chciała formalizować swój związek z takimi szykanami. 2) Nie sądzę, że na porządku dziennym są takie matki jak ta z Bagnoreggio, co innego ta z Neapolu. 3) Jestem dozgonnie pewny, że nie ma księży, którzy chcieliby pobłogosławić sakramentalnie związek sodomitów. 4) 5) itp. Stąd pewne rozwiązania fabularne - np.

Marzenia po sąsiedzku

A jednak coś chcę jeszcze dodać. Fabuła jest przewidywalna do bólu, czego bym się bynajmniej nie czepiał, gdyby główny główny bohater (ten starszy) miał w sobie choć trochę tradycyjnego seksapilu. Jak się chce być mainstreamowo (czyli banalnie) atrakcyjnym, to nie można być łysym i chuderlawym 60+. Nie mam nic przeciwko starym rocznikom wina, ale one są już dla koneserów ze znacznie wyższej półki. Ale śpiewał bosko!

Sam używam tego słowa w znaczeniu "współpraca", kiedy mi się chce trochę nadzwyczajności. A tu był jeszcze dodatkowy sens - zejście dotychczasowych bądź co bądź przeciwników.
Pretensję mam do tłumaczy za tytuł "Nocny stolik" w którymś z "Męskich szortów", podczas gdy to oznacza nocną randkę itp. Porównaj "one-night-stand" - relacja na jedną noc.

Ściśle tajna miłość

Głupiutkie to ponad pojęcie, ale sympatyczniutkie.
Kurde, gdyby to było w wersji hetero, po sekundzie bym oplwał z obrzydzeniem i pogardą i wyłączył.
Ale w tej wersji - nie. Nawet mi się jakoś spodobał. Znaczy się, że dawno powszechnie skompromitowane (bo dla bab, a zwłaszcza kucharek) sentymentalne schematy romansowe mają się wśród gejów nieźle. Nawet mocno starszych i wykształconych bynajmniej nie w kuchni. Ciągle jesteśmy daleko w tyle za kulturowym mainstreamem.

Hawaii

Wolno się snujące uczucie. Znam to tylko z tradycyjnych, czyli heteroseksualnych przekazów kulturowych. Z doświadczeń własnych, tudzież zasłyszanych - nie. Niemniej jednak robi wrażenie. Bo ciągle jesteśmy pod presją tradycji. I nie jest to najgorsza presja.

Nocna burza

Film tzw. gadany. W pewnym wieku - a ja jestem już w dużo więcej niż pewnym - się to ceni. Tak jak cenię filmy Rohmera i Linklatera. Spełnienie jest dobre w baśni (a potem żyli długo i nieszczęśliwie - za Marią Czubaszek), ale trafniejsze i zresztą bardziej rajcujące jest zawieszenie między ustami a brzegiem pucharu - nie wiem za kim, za Rodziewiczówną?

Mając 17 lat

Cholernie dawno temu miałem 17 lat. Wówczas taka sytuacja była w ogóle i pod każdym innym względem niemożliwa. Możliwe, że teraz bywa już możliwa, przynajmniej we Francji, a zwłaszcza w środowiskach lekarsko-militarnych. Pozostaje mi tylko całkowicie miałka i bezskuteczna zazdrość. A film jest pod każdym względem wspaniały. Pod każdym!